poniedziałek, 27 grudnia 2010

5.

Święta minęły, życzenia od obcych przyjęłam - tradycji stało się zadość, nie wypadłam poza konwenanse.

A wracając do tematu panów, którzy kołatają nie w te wrota, w które trzeba.
Całe szczęście, że nie jestem blondynką, bo, biorąc pod uwagę doświadczenia mojej koleżanki, musiałabym czytać więcej anonsów od starających się o obywatelstwo/kucharkę/matkę dzieci/kochankę panów modlących się do Boga o innym imieniu niż mój.
Za każdym razem się dziwię, czy to ma jakiś sens i udaje im się osiągnąć cel. A chwilę później przychodzi refleksja - jest popyt, jest podaż. W dowolnej kolejności.
A potem płacz, zgrzytanie zębów, dziecko o egzotycznej urodzie i wydziedziczenie przez rodzinę. A przecież miłości się nie oszuka - słodkie słówka, poczucie bycia ważną, te wszystkie low ju bejbe, maj eńdżel, kissy. Tego chcą królewny. To dostają. A że cena bywa czasem wygórowana i nieadekwatna do jakości otrzymanego towaru... what a shame!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz