Ot pan R. (litera przypadkowa) - zasypywał mnie SMS-ami, że tęskni, pragnie, martwi się, zamykając mnie w SMS-owej złotej klatce. Po dwa, trzy na godzinę to przesada. A gdy nie odpisywałam, ich liczba rosła w postępie geometrycznym. Poza tym co odpisać na "Kotuś...". "Tęsknię..." - obcy facet po trzydziestce! Strach pomyśleć, co by było dalej. Po jednym spotkaniu wymiękłam - nie zakochałam się równie mocno jak on. Rzekłabym nawet: "wcale". I biegał 30 km po lesie z 30-kg plecakiem, zatrzymując się, rzecz jasna, by napisać - była pasja, brakło mojego zrozumienia. A i jeszcze wzbudzał litość opisem agonii chorej siostry, która w końcu umarła - na sam koniec dodał, że chodziło o daleką cioteczną siostrę. Po roku z hakiem znalazł mnie na jednym z portali zawodowych, na którym zresztą już mnie nie ma (jak i na żadnym innym) i zagadał. Po trzech wiadomościach przypomniało mi się, dlaczego zerwałam kontakt. Adieu!
A potem było jeszcze zabawniej.
Policjant - z tym to była niezła heca - nawet mi się podobał i przymykałam oko na chude uda i ogólną szczupłość ciała (nie lubię, gdy mężczyzna jest mniejszy ode mnie), bo przecież był człowiekiem władzy! I miał zabawne zdjęcie na n-k z ojcem - niezły zestaw: obaj czerwone kurtałki, jeansy i pod kolor adidaski - w końcu junior i senior! Szybko chciał skonsumować znajomość. Mieszkał z rodzicami. Przyszedł na randkę z gnatem. Miał manię prześladowczą. Ciągle powtarzał: "Będzie o nas głośno", niby przypadkiem podając mi informacje o policyjnych akcjach, w których brał udział. Słusznie - tylko czekałam, by pobiec do nielegalnie sprzedających na bazarku i ich uprzedzić o nalocie. Dałam mu kosza. Przepraszał i prosił o szansę. Dostał - zaproszenie na dużą domówkę. Zmył się szybko z kumplami i nasłał na nas ziomów w mundurach. Dwa razy jednej nocy - jeden mandat. Jego szczęście, że nie jestem mściwa. Byłoby o nim głośno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz