środa, 2 lutego 2011

6.

Moda na noworoczne postanowienia najwyraźniej ma się świetnie. Szkoda tylko, że stałam się punktem na spisanej przez podsumowującego kartce.
Na niejednej kartce, jak się okazało.
Uśmiecham się pod nosem na myśl, ileż stresu kosztowało odezwanie się do mnie po dłuższym milczeniu. Śmiech jednak utyka w gardle, bo przychodzi refleksja - po co,***?
Moje "nie" znaczy "nie". Nic ponadto. Broń Boże! przekazem nie jest: "mam na ciebie ochotę", "usychałam z tęsknoty", "cieszę się, że się odezwałeś" czy "tak!".
I znowu SMS-y wzbudzające moje zażenowanie (bo przecież brak odwagi, by podnieść słuchawkę) i irytację (będąc każdego dnia lepszym człowiekiem, staram się załatwiać sprawę polubownie), bo lawirowanie wśród meandrów jasnego i zarazem kulturalnego przekazu bywa męczące.
Ale co ja tam wiem, niewdzięczna. No może poza tym, że "straciłam swoją szansę" (płaczę w poduszkę co noc) i "zatęsknię za tym, co najlepsze" (sądy aprioryczne traktuję z rezerwą - empiria to jest to!).
Nieukojona w żalu i tęsknocie za świetnym-nie-wiem-czym postaram się wypracować asertywną postawę. "Nie" w jednym SMS-ie wystarczy. Nie dziękujcie za niewymierzenie w Was ostrza ironii. I za mniejsze rachunki. Macie to ode mnie za free.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

5.

Święta minęły, życzenia od obcych przyjęłam - tradycji stało się zadość, nie wypadłam poza konwenanse.

A wracając do tematu panów, którzy kołatają nie w te wrota, w które trzeba.
Całe szczęście, że nie jestem blondynką, bo, biorąc pod uwagę doświadczenia mojej koleżanki, musiałabym czytać więcej anonsów od starających się o obywatelstwo/kucharkę/matkę dzieci/kochankę panów modlących się do Boga o innym imieniu niż mój.
Za każdym razem się dziwię, czy to ma jakiś sens i udaje im się osiągnąć cel. A chwilę później przychodzi refleksja - jest popyt, jest podaż. W dowolnej kolejności.
A potem płacz, zgrzytanie zębów, dziecko o egzotycznej urodzie i wydziedziczenie przez rodzinę. A przecież miłości się nie oszuka - słodkie słówka, poczucie bycia ważną, te wszystkie low ju bejbe, maj eńdżel, kissy. Tego chcą królewny. To dostają. A że cena bywa czasem wygórowana i nieadekwatna do jakości otrzymanego towaru... what a shame!

czwartek, 23 grudnia 2010

4.

I stało się. w ostatnich dniach zostałam zasypana wiadomościami od panów, którzy albo nie przeczytali (lub też przeczytali bez zrozumienia), co napisałam, albo mają tak ogromne mniemanie o sobie/ciśnienie na laskę (dwuznaczność zamierzona), że strach się bać. Poległam na tym froncie.
A żeby nie być gołosłowną:
"hej pięna boska kobieto:*:*:*:* mam nadzieję że zechcesz się umuwić ze mną szczeże powiem że zakręciłaś mną?????
> Nie. I nie każ mi wyjaśniać dlaczego.
> Pozdrawiam. Pa.
nie to nie twoja strata:*:* P"
Dziewiętnastolatek w dresie. Wątły i zorientowany na jedno (pewnie nie wie, co to seks):
"Film, który mogę oglądać w kółko - horrory , komedje
Ulubiona płyta/piosenka - hip-hop , hechno , disko-polo
Mój obiekt pożądania -  kobiety oczywiście
Osoba, która mi imponuje - kobieta w wieku 24-35 lat
Wakacje spędzam... z ukochaną osobą".
Dobrze, że tego kwiatu to pół światu, bo miałabym wyrzuty sumienia. ;-)

czwartek, 16 grudnia 2010

3.

Tak, jestem uprzedzona do piszących nieużywających w mejlach polskich znaków - kojarzą mi się z flejtuchami. Podobny stosunek mam do osób, które napisawszy tekst, nie są łaskawe choć rzucić na niego okiem, by wyłapać rażące błędy - toż to lekceważenie odbiorcy. I na koniec zostawiam sobie wszelkiej maści leniuchów i nieuków - legitymujących się świstkiem zaświadczającym o niezdolności do poprawnego pisania/wysławiania się/rachowania itp. To takie wygodne wytłumaczenie, dlaczego nie przykładało się na lekcjach w szkole. I jeszcze krzywdzi prawdziwie poszkodowanych.
Jak widzę, że mi jeden podrywacz pisze "myślem o karjeże", a drugi dodaje, że "wielbi wiepszowinę", to toczę pianę z pyska. Zero poczucia żenu, nawet gdy się zwróci uwagę.
A przecież jaki rozum, taka mowa...

2.

Ot pan R. (litera przypadkowa) - zasypywał mnie SMS-ami, że tęskni, pragnie, martwi się, zamykając mnie w SMS-owej złotej klatce. Po dwa, trzy na godzinę to przesada. A gdy nie odpisywałam, ich liczba rosła w postępie geometrycznym. Poza tym co odpisać na "Kotuś...". "Tęsknię..." - obcy facet po trzydziestce! Strach pomyśleć, co by było dalej. Po jednym spotkaniu wymiękłam - nie zakochałam się równie mocno jak on. Rzekłabym nawet: "wcale". I biegał 30 km po lesie z 30-kg plecakiem, zatrzymując się, rzecz jasna, by napisać - była pasja, brakło mojego zrozumienia. A i jeszcze wzbudzał litość opisem agonii chorej siostry, która w końcu umarła - na sam koniec dodał, że chodziło o daleką cioteczną siostrę. Po roku z hakiem znalazł mnie na jednym z portali zawodowych, na którym zresztą już mnie nie ma (jak i na żadnym innym) i zagadał. Po trzech wiadomościach przypomniało mi się, dlaczego zerwałam kontakt. Adieu!
A potem było jeszcze zabawniej.
Policjant - z tym to była niezła heca - nawet mi się podobał i przymykałam oko na chude uda i ogólną szczupłość ciała (nie lubię, gdy mężczyzna jest mniejszy ode mnie), bo przecież był człowiekiem władzy! I miał zabawne zdjęcie na n-k z ojcem - niezły zestaw: obaj czerwone kurtałki, jeansy i pod kolor adidaski - w końcu junior i senior! Szybko chciał skonsumować znajomość. Mieszkał z rodzicami. Przyszedł na randkę z gnatem. Miał manię prześladowczą. Ciągle powtarzał: "Będzie o nas głośno", niby przypadkiem podając mi informacje o policyjnych akcjach, w których brał udział. Słusznie - tylko czekałam, by pobiec do nielegalnie sprzedających na bazarku i ich uprzedzić o nalocie. Dałam mu kosza. Przepraszał i prosił o szansę. Dostał - zaproszenie na dużą domówkę. Zmył się szybko z kumplami i nasłał na nas ziomów w mundurach. Dwa razy jednej nocy - jeden mandat. Jego szczęście, że nie jestem mściwa. Byłoby o nim głośno.

środa, 15 grudnia 2010

1.

Obłudnie oświadczam, że wszystkie sytuacje są wyssane z palca, nigdy nie miały miejsca i są wytworami mojej wyobraźni, a osoby nie istnieją poza wirtualnym światem sieci. To czysta fikcja - opowieść prawie trzydziestolatki z dużego miasta.

Mam profil ma dwóch portalach randkowych - i to nie jest mój ani pierwszy, ani drugi raz, więc uzurpuję sobie prawo do wypowiadania się na ich temat.
Szukam rozrywki - nie miłości, przyjaźni, związku, małżeństwa, macierzyństwa, sponsoringu, relacji ff czy czegokolwiek, co jeszcze może Wam podsunąć chora i wyposzczona wyobraźnia.
Grunt to poszerzyć grono znajomych - pasjonująca rozmowa o książce/filmie/jedzeniu/czymkolwiek jest pożądana. Spróbujcie kiedyś - bez podtekstów i myślenia tylko o tym, by jak najszybciej zagonić rozmówcę do łóżka.
Nie twierdzę, że mam pecha i źle trafiam. Parę razy udało mi się strzelić w 10, dlatego moim zdaniem warto się męczyć. Mam wartościowe znajomości, które nigdy by nie rozkwitły, gdyby nie portale. I tego się trzymam.
Ale zanim znalazłam ziarno pośród plew, sporo się działo.
W pierwszym rzucie swoich prób prowadziłam plik w Excellu, skrupulatnie notując co istotniejsze informacje podawane przez kandydatów. Żeby mi się nie mylili... I wcale nie świadczyło to źle o mnie. Sobie wystawiam laurkę - to oni byli na tyle bezbarwni, że nie byli w stanie się wyróżnić i dać zapamiętać.
Ale nie wszyscy.